czwartek, 24 października 2013

Podróże małe i duże - Barcelona to tylko początek

No to pierwszy odcinek z cyklu  "Podróże małe i duże" (klik). Przygotujcie się na długi wpis! Od razu też uprzedzam, ze niektóre zdjęcia są z komórki, więc i jakość średnia ;)

Nasza ostatnia podróż rozpoczęła się w Barcelonie - katalońskim mieście o niepowtarzalnym klimacie.
Nie był to nasz pierwszy raz tam - o wrażeniach po pierwszym pobycie możecie poczytać tutaj (klik).

Tym razem było trochę inaczej. Spokojniej, leniwiej. Nie zwiedzaliśmy za dużo - najważniejsze miejsca mieliśmy już "zaliczone" a obojgu nam potrzeba było wypoczynku. Tak więc spokojnie spędzaliśmy dni nad basenem, wylegując się w ciepłym, ale nie gorącym wrześniowym słońcu. Muszę przyznać, że wrzesień to czas idealny na podróż do Barcelony. Nie ma już nieznośnych upałów, które powodują, że ciężko jest zwiedzać, ale wciąż jest wystarczająco ciepło, żeby się poopalać.


Zamiast oglądać popularne zabytki jak Sagrada Familia czy domy Gaudiego, wybraliśmy miejsca bliżej natury i relaksujące spacery. Pokonaliśmy milion schodów (ruchomych;) do Parku Guella, aby po wspięciu się na punkt szczytowy z kamiennymi krzyżami natknąć się na oldschoolowego Pana z białymi włosami i zarostem, w kowbojskim kapeluszu, grającego na gitarze akustycznej amerykańskie szlagiery country, w tym Jego ukochanego Johnnego Casha i  to w wydaniu bardzo przyjemnym dla ucha. Właśnie za takie momenty i ich klimat uwielbiam Barcelonę. Joga w parku, muzyka country na żywo z widokiem na miasto i sangria pita podczas lunchu na świeżym powietrzu.

Milion schodów - na szczęście ruchomych ;) Widzicie ja daleko i nisko prowadzi ulica?

Ale widoki piękne!

Drugim miejscem, do którego się wybraliśmy był Montserrat. Jest to klasztor położony na skale oddalony o jakąś godzinę jazdy od Barcelony.

Kolejka linowa w drodze do klasztoru - tam na górze ;)

Najpierw kolejka podmiejska wywiozła nas na jakieś odludzie - stacja i budynek z kasą biletową wprost z poprzedniej epoki. Cicho, głucho, pusto i automat z napojami ;) Oczywiście (jak to u południowców) trafiliśmy na przerwę, więc posiedzieliśmy sobie godzinkę na ławeczce i kupiliśmy fantę z automatu ;) Potem kilkuminutowa przejażdżka kolejką linową (dla tych z lękiem wysokości polecam jednak kolejkę zębatą, dla tych nie bojących się - zdecydowanie linowa - piękne widoki!) i już byliśmy na miejscu.

 


 Góry dookoła naprawdę robią wrażenie!



Sam klasztor nie był może specjalnie interesujący, ale nie po to tam pojechaliśmy ;) Choć ciekawostka - był nawet witający nas tekst po polsku.

Klasztor
I polska tablica

 Czas spędziliśmy spacerując dookoła, obeszliśmy ścieżkę, wzdłuż ciągnęła się droga krzyżowa i półkę skalną niżej natknęliśmy się na... ślub! Piękna sceneria dla tak wyjątkowego dnia, prawda?

Ślub w wyjątkowym plenerze

A wieczory spędzaliśmy wesoło w portowych (i nie tylko) knajpkach w gronie znajomych delektując się sangrią i mohito.
Jeden z takich wieczorów był bliski smutnego zakończenia... Po entym mohito w kolejnym klubie stwierdziliśmy, że wracamy do hotelu na basen ;) Pomijam już na ile odpowiedzialny był ten pomysł, ale wiecie ;)
Roześmiani i rozgadani już pod samym hotelem doznajemy olśnienia. Aparat!!! Tak... Zostawiliśmy aparat fotograficzny na stole w klubie. Na samym początku wyjazdu życia. Żeby było jeszcze lepiej aparat należy do moich rodziców - mają oni super kompakt, bardzo wygodny na wyjazdy, więc nie zabieram swojego sprzętu, który nie dość, że 2 razy większy to na trybie automatycznym robi słabsze zdjęcia...
Szybkie otrzeźwienie, On biegnie z powrotem, ja przerażona i pewna, że już go nie odzyskamy.
Nie wiem czy wiecie, ale Barcelona to miasto złodziei. Przykre, ale prawdziwe. Grasują całe szajki kieszonkowców, o czym ostrzegają nas nawet przewodniki. Ze wszystkich moich znajomych, którzy mieli okazję być w tym mieście, blisko połowa została okradziona... Wyobraźcie sobie więc co czułam w tamtym momencie.
On po dobiegnięciu do klubu i znalezieniu kelnera, który nas obsługiwał, bez ceregieli wręczył mu 20 euro i zapytał o aparat i.... otrzymał go z powrotem! W Barcelonie- niesamowite! Chyba tylko ja mogłam mieć tyle głupiego szczęścia (mówiłam Wam już kiedyś, że jestem dzieckiem szczęścia?;). Ulga jaką odczułam była wielka, a Jemu dziękowałam jeszcze pół wieczoru ;)

A co z jedzeniem? Było zdecydowanie smaczniej niż poprzednim razem, choć wciąż podtrzymuję swoje zdanie, że fanką kuchni hiszpańskiej, a już na pewno knajp w Barcelonie to ja nie jestem. Bardzo łatwo jest zapłacić dużo, a zjeść słabo. Na szczęście jednak tym razem mam i miejsca do polecenia!

1. Les Quinze Nits na Placa Reial (prowadzi tam boczna uliczka od La Rambli). Jedzenie jest naprawdę smaczne, a ceny umiarkowane. Szczególnie polecam ciasto z białą czekoladą. jest okrutnie słodkie, więc polecam jedną porcję na 2 osoby, jednak smak jest niesamowity! Aż się rozmarzyłam... Codziennie wieczorem przed restauracją ustawia się kolejka, warto więc być tam najpóźniej ok. 19, jeśli chcemy uniknąć 30minutowego oczekiwania na stolik.
Tą knajpę powinniście znaleźć także w sowim przewodniku.

Burger - naprawdę smaczny
Kurczak nie pamiętam jaki ;)

Paella z makaronem ;)

Ciasto z białej czekolady - pycha!

Kolejka w oczekiwaniu na stolik


2. Creperie Bretonne Annaick w Porcie Olimpijskim pod Złotą Rybą. Nie jest to wprawdzie kuchnia hiszpańska, ani tym bardziej katalońska. Jednak w rozsądnej cenie możemy zjeść pysznie chrupiącego naleśnika gryczanego z wybranym nadzieniem. U mnie wersja lunchowo-śniadaniowa - z szynką, jajkiem i serem. Musze przyznać, że można się naprawdę porządnie najeść takim daniem!
Również knajpa polecana w przewodnikach.

Pięknie zapieczony gryczany naleśnik


3. Shoko w dzielnicy Barceloneta przy promenadzie nad samą plażą (przy złotej rybie schodzicie na plażę, idziecie w prawo i po kilkunastu krokach wzdłuż promenady natkniecie się na tą knajpę), ale tylko w menu lunchowym. Ta knajpa A la Carte jest nieznośnie droga, ale do godziny 18 można przyjść i skorzystać z menu lunchowego za 17,5 euro. Wydaje się dużo, ale w cenie dostajemy przystawkę, drugie danie, deser, napój i kawę.Wychodzi przyzwoicie, a jedzenie jest smaczne. W każdej pozycji mamy do wyboru 3 różne potrawy. Obsługa pozostawia wiele do życzenia i na taki lunch zarezerwujcie sobie z 2 godziny, bo zanim się na wszystko doczekacie tyle minie, ale za długi czas oczekiwania lub błędy (On dostał bardzo krwisty stek, zamiast średnio wysmażonego i musiał czekać na nowy, a za drugim razem przerwy między każdym daniem wynosiła ok. 30 minut) rekompensują w rachunku. Za pierwszym razem nie zostały nam policzone dodatkowe napoje, które zamówiliśmy oczekując na nowego steka, za drugim razem policzone zostało 4,5 lunchu zamiast 5.

Natomiast na pewno nie polecam innych przewodnikowych wyborów:

1. Salamanca w Porcie Olimpijskim. Pamiętacie jeszcze 800g steki z poprzedniego wpisu (klik)? Tak, to właśnie ich dzieło. Byliśmy tam i tym razem, choć tylko towarzyszyliśmy znajomym, a sami raczyliśmy się sangrią. Wprawdzie tamte steki były typową wpadką, a ryby i owoce morza są smaczne (tak przynajmniej twierdzili znajomi), jednak uważam, że cena do jakości jest fatalna i możemy zjeść równie dobrze, albo i lepiej za mniejsze pieniądze.

2. Al Passatore na pl. de Palau. Włoskie jedzenie w bardzo słabym wydaniu i wcale nie takie tanie. Nawet nie ma się nad czym tu rozwodzić ;)

Z pozoru apetyczne - w smaku średnie

Przesolone! Może tak tego nie widać, ale podczas jedzenia miałam wrażenie, że makaron składa się z samych... kaparów


To tyle jeśli chodzi o Barcelonę. A Wy? Byliście w Barcelonie? Lubicie to miasto czy wręcz przeciwnie?

Jednak czekajcie na dalsze wpisy, będzie tylko lepiej! Będą takie atrakcje jak lekcja gotowania na Bali, kosztowanie Kopi Luwak i sieć restauracji z gwiazdką Michelina w Singapurze :)

CDN.

9 komentarzy:

  1. kocham Barcelone! i jeszcze tyle mam pysznych skojarzeń ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Opowieść wciąga... Chciałoby się czytać więcej i więcej. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochana wreszcie wróciłaś :) Od ponad roku co jakiś czas patrzyłam na Twoje ostatnie danie - ziemniaki hasselback. Ciągle chciałam je zrobić, ale pomyślałam że zrobię je jak powrócisz. Żeby się pochwalić :)
    Barcelona, w ogóle Hiszpania to magiczny kraj. Planuję tam zabrać moich chłopaków. Buziaki :* Nie znikaj już na tak długo!

    OdpowiedzUsuń
  4. JustInko! Dziękuję z całego serca za ten komentarz - aż chce się człowiek dzielić tym co robi, dzięki własnie takim słowom :) I czekam na ziemniaczki - musisz się koniecznie nimi pochwalić!
    A co do znikania - tym razem planuje trochę tu zagrzać miejsca ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. To się bardzo cieszę :) A ziemniaczki będą w przyszłym tygodniu u mnie na blogu :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie byłam i muszę polecieć :D zmieniłaś bloga? ja co prawda dawno nie surfowałam po naszej kulinarnej blogosferze i może mi się coś mylić....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Kasiu, bloga reaktywowałam pod nową domeną :) Witam w moich nowych, skromnych progach :) A Barcelona odwiedzić trzeba - zdecydowanie!

      Usuń
  7. Zazdraszczam takiej wyprawy:) O Barcelonie marzę już jakiś czas. Może w końcu kiedyś marzenie się zrealizuje

    OdpowiedzUsuń